Niektóre marzenia dojrzewają w człowieku powoli, myślimy o nich pomimo natłoku codziennych spraw, aż w końcu przychodzi moment, kiedy wszystko się układa i wiadomo: to jest ten czas. Dla mnie tak właśnie było z podróżą słynnym panoramicznym pociągiem Kolei Retyckiej, często nazywanym po prostu czerwonym pociągiem.
Kiedy wyjeżdżałam służbowo na Salone del Mobile do Mediolanu w kwietniu 2025, od początku wiedziałam, że nie wrócę do domu zaraz po targach. Coś w środku mówiło mi by, kazało wręcz zostać choćby jeszcze jeden dzień, dwa dni…. Wiosna na dobre rozgościła się nad Jeziorem Como. Ach, wiosna… wiosna nad jezioro Como! Czy można było tak po prostu wyjechać? Oczywiście, że nie!
Pod koniec mojego pobytu w Italii dołączyła do mnie Ela z Krakowa, która przyleciała w międzyczasie również służbowo do Bergamo. Pojechałyśmy do Colico, gdzie się zatrzymałyśmy. Wspólnie spacerowałyśmy po spokojnym, niemal sennym miasteczku z widokiem na Alpy i jeziorem, zjadłyśmy pyszną pizzę i lody.
Bernina Express
Nazajutrz zaraz po śniadaniu wyruszyłyśmy do Tirano, skąd startuje Bernina Express!! Słynny, czerwony, panoramiczny pociąg Kolei Retyckiej. Mój tak bardzo wymarzony pociąg. Czerwony. Czerwony jak Ferrari. Ten kolor nie jest jednak przypadkowy. Intensywnie kontrastuje z alpejską bielą i zielenią. I co tu dużo ukrywać stał się symbolem tej trasy.
Trasa Bernina Expressu, między Tirano a Sankt Moritz, została wpisana na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO jako arcydzieło inżynierii kolejowej. To jedna z niewielu linii na świecie, która przekracza Alpy bez tunelu głównego, pokonując spektakularne różnice wysokości dzięki serpentynom, wiaduktom i oszałamiająco pięknemu poprowadzeniu torów w harmonii z naturą.
Do pociągu wsiadałam niezwykle podekscytowana. Cieszyłam się jak małe dziecko. Prawie podskakując z radości. No dobra, nie prawie. Podskakiwałam z radości! Już sam widok wielkich szyb sięgających niemal dachu zapowiadał, że to nie będzie zwykła podróż. I nie była. Trasa najpierw wije się łagodnie przez doliny, mija urocze alpejskie wioski, drewniane chaty i zielone łąki. Wraz ze zmianą wysokości zmieniają się i krajobrazy.
Pojawia się śnieg; w wyższych partiach gór nadal zalegało go sporo. Kontrast między zieloną doliną a białymi szczytami był oszałamiający. W środku pociągu panowała naprawdę radosna atmosfera, było gwarno: ludzie robili zdjęcia, pokazywali sobie widoki „patrz tu”, „do góry”, „w lewo”, uśmiechali jak my ze szczęścia. Spotkała nas również niespodzianka, od obsługi pociągi otrzymaliśmy drobne upominki – herbatkę i szwajcarskie czekoladki – niby nic, a jednak cieszy. Kto nie lubi prezentów?
W okolicy Lago Bianco pociąg robi krótki postój. Można było z niego wysiąść, rozprostować nogi i zrobić zdjęcia. Biegać i tu i tam, nie wiedząc gdzie się patrzeć!! Pogoda tego dnia była wręcz idealna. Powietrze rześkie, ale słoneczne. Widoki były naprawdę jak z bajki. Śnieg, błękit, czerwony pociąg i my dwie przeszczęśliwe, wdzięczne.
Elegancja i serowe fondue
Wreszcie po niecałych trzech godzinach pociąg dotarł do Sankt Moritz, ekskluzywnego kurortu w sercu Engadyny, jednej z najpiękniejszych dolin alpejskich w Szwajcarii, w kantonie Gryzonia, rozciągającej się wzdłuż rzeki Inn. Dolina słynie z krystalicznego powietrza, ponadprzeciętnej liczby słonecznych dni i spektakularnych krajobrazów.
Wysiadłyśmy i poczułyśmy się trochę jak w innym świecie. Czysto, spokojnie, luksusowo. Pospacerowałyśmy po miasteczku, obejrzałyśmy witryny eleganckich butików, zajrzałyśmy do kościółków i galerii. Najpiękniej było jednak nad jeziorem: tafla lśni jak lustro, a dookoła ścieżki spacerowe i rzeźby współczesnych artystów.
I choć wszystko było piękne: krajobrazy, architektura, pogoda to muszę przyznać, że miałam też trochę mieszane uczucia. Sankt Moritz poza sezonem ma w sobie jakąś surowość i dystans. Brakowało mi trochę życia, energii, ludzi na ulicach. Może to przez ten kontrast z włoską serdecznością, a może po prostu przez ciszę, której się nie spodziewałam. Pomyślałam wtedy, że warto byłoby tu wrócić zimą; w pełnym sezonie narciarskim albo latem, kiedy kurort tętni życiem. Może wtedy odkryję drugie oblicze Sankt Moritz – to bardziej gwarne, radosne, towarzyskie??
Na razie zostało mi w pamięci jako miejsce piękne, ale nieco niedostępne. Oczywiście nie mogło zabraknąć kulinarnego przystanku. Fondue w jednej z górskich restauracji było obowiązkowe. Ser, wino, świeży chleb i świetne towarzystwo. Ela, dziękuję Ci za tę podróż.
Powrót
Późnym popołudniem wsiadłyśmy z powrotem do pociągu. Tym razem krajobraz był już inny. Niebo się zachmurzyło, światło stało się rozproszone, bardziej melancholijne. Góry wyglądały surowiej. Ekscytacja i emocje, które towarzyszyły nam rano, nieco opadły. Nie wyciągałam już telefonu tak często, nie czułam już potrzeby utrwalania wszystkiego. Zamiast tego zaczęłam naprawdę patrzeć. Dostrzegałam detale, które wcześniej umknęły. Drobne strumienie przecinające zbocza, wodospady, małe przełęcze między szczytami, które z tej perspektywy przypominały przejścia do innych światów. Śnieg w wyższych partiach gór zdawał się jeszcze bardziej biały na tle stalowego nieba.
Ta droga powrotna była zdecydowanie spokojniejsza. Miałam wrażenie, że pociąg jedzie wolniej choć to pewnie ja zwolniłam po wrażeniach całego dnia. W tym cichym krajobrazie było coś hipnotyzującego. Do Colico wróciłyśmy późnym wieczorem, zmęczone i wyciszone, i choć głowy miałyśmy pełne wrażeń, zasnęłyśmy niemal od razu…
Dlaczego ta trasa jest tak wyjątkowa?
Oj, powodów jest naprawdę wiele. To najwyżej położona trasa bez zębatego napędu w Alpach. Pociąg pokonuje niemal 1 800 metrów różnicy wysokości: od Tirano (450 m n.p.m.) aż po Przełęcz Bernina (2 253 m n.p.m.) tylko dzięki zakrętom, serpentynom i precyzji trasowania torów.
Spiralny, kamienny wiadukt w Brusio. Jeden z najbardziej charakterystycznych punktów trasy na którym pociąg zatacza pełne koło. Niezapomniane wrażenie, gdy jednocześnie można zobaczyć przód i tył swojego pociągu.
Krajobraz, który zmienia się co chwilę. To nieprzerwany spektakl przyrody: palmy i winnice w Tirano, zielone łąki i pastwiska, ośnieżone przełęcze, lodowcowe jeziora, wodospady i wysokogórskie pustkowia. Każda minuta to inne światło, inny kolor, inna emocja.
Trasa Bernina to ponad 190 mostów, 50 tuneli ale nie tuneli, które przebiegają pod górami. To linia kolejowa, która nie przecina krajobrazu, tylko staje się jego częścią. A przeszklone dachy i ściany wagonów pociągów panoramicznych sprawiają, że można się poczuć jak część pejzażu, a nie tylko jego obserwator. Coś wspaniałego!!
Każda pora roku jest dobra by wybrać się w tę wyjątkową podróż. Wiosną śnieg kontrastuje z zielonymi zboczami, latem dominuje zieleń i błękit nieba, jesienią wszystko tonie w złocie, a zimą… wygląda jak bajka z ilustracji dziecięcych książek.



















