Jednodniowy wypad na zachód – Grotta di Nettuno
Choć podczas tej podróży skoncentrowałam się głównie na północnym i północno-wschodnim wybrzeżu Sardynii, od początku wiedziałam, że zrobię wszystko, by zobaczyć również zachód wyspy – a dokładnie jedno, konkretne miejsce: Grotta di Nettuno.
Nie robię list marzeń do odhaczania co wielokrotnie podkreślam. Nie zapisuję punktów „do zaliczenia”. Ale kiedy po raz pierwszy zobaczyłam zdjęcia tej jaskini – jej ogromnych stalaktytów, klifów Capo Caccia i turkusowej wody u stóp schodów wykutych w skale po prostu wiedziałam, że tam pojadę.
Kierunek: zachód
Z północno-wschodniej części wyspy to była wyprawa. Z drogami na Sardynii bywa równie, ale nie żałuję ani jednej minuty spędzonej w samochodzie. Krajobrazy zmieniają się szybko: z dzikich górzystych terenów, przez leniwe śródziemnomorskie wioski, aż po rozległe przestrzenie zachodu Sardynii.
Do Groty Neptuna można dostać się na dwa sposoby. Łodzią z portu w Alghero – trasa morska z pięknymi widokami na klify (ale tylko przy spokojnym morzu) albo samochodem do Capo Caccia, a potem pieszo schodami wykutymi w skale – tzw. Escala del Cabirol, czyli „schody kozicy”. Ja wybrałam wersję lądową, bardziej wymagającą, ale też mam wrażenie bardziej malowniczą. Oceńcie po zdjęciach.
654 stopnie zachwytu (i zadyszki)
Droga do Capo Caccia to sama przyjemność, bo widoki są zachwycające. Aa z każdym zakrętem morze jest coraz bliżej. A potem… zaczyna się wyzwanie. Aby dotrzeć do wejścia do jaskini, trzeba zejść dokładnie 654 stopnie. Choć zejście wydaje się łatwe, myśl o tym, że trzeba będzie wracać tą samą drogą pod górę, towarzyszy przez całą trasę.
Ale z każdym krokiem w dół serce bije szybciej – z ekscytacji. Po lewej stronie klif spada pionowo do turkusowego morza, a po prawej wyrasta surowa, wapienna ściana. Gdzieś w dole widać malutkie łodzie kołyszące się w zatoce, mewy szybujące na prądach powietrza i cień wejścia do groty, który wygląda jak tajemnicza brama do innego świata.
Kamienna katedra
Grotta di Nettuno to jedno z najpiękniejszych miejsc na Sardynii. Jaskinia została odkryta przez lokalnych rybaków w XVIII wieku, ale jej historia sięga setek tysięcy lat. Wejście możliwe jest tylko z przewodnikiem – i bardzo dobrze, bo ta podziemna przestrzeń zasługuje na opowieść. W środku panuje przyjemny chłód, powietrze pachnie wilgocią i solą. Korytarze i komory mają imponujące formacje skalne: stalaktyty i stalagmity tworzą ogromne kolumny, przypominające gotycką katedrę. Każdy zakątek ma swoją nazwę – „Organowe rury”, „Sala Tronu”, „Katedra”.
Największe wrażenie robi Lago Lamarmora – krystalicznie czyste jezioro wewnątrz jaskini, nieruchome jak tafla szkła. Światło z reflektorów odbija się od jego powierzchni jak od lustra, a cisza jest niemal absolutna. To jedno z tych miejsc, w których czujesz się malutka – nie ze strachu, tylko z podziwu dla matki natury i tego co stworzyła.
Pod górę i do Alghero
Powrót schodami w górę… no cóż, nie będę udawać, że był lekki. Słońce było już wysoko, a 654 schody w pionie po prostu czuję się w nogach. Ale właśnie wtedy, z tą zadyszką, trzęsącymi się łydkami i potem na karku, czułam, że robię coś, co zapamiętam na długo.
Po powrocie do samochodu i krótkim odpoczynku ruszyłam do Alghero – pięknego, katalońskiego w duszy miasta na zachodnim wybrzeżu Sardynii. Spacer po jego kamiennych murach i wąskich uliczkach przywrócił mi siły. A potem przyszła pora na obiad. Oczywiście wybrałam culurgionis – ręcznie robione pierożki w kształcie małych warkoczy, nadziewane ziemniakami, miętą i pecorino, polane gęstym, pachnącym sosem pomidorowym. Prosto, autentycznie i pysznie. Na deser – semifreddo z mirto, czyli mrożony mus na bazie śmietanki i likieru z lokalnych jagód mirto. Lekko alkoholowe, słodko-ziołowe, zimne jak lód i idealne po tym wszystkim, co miało miejsce tego dnia.





















