Góry, jezioro, góry i kolejne jezioro. Skały i woda, i zachwyt. Natura i cisza, i zachwyt. Przestrzeń i wolność, i zachwyt. Jeśli kochacie przyrodę, jeśli marzycie o przepięknych krajobrazach, jeśli szukacie zabawy, ale i [może przede wszystkim] relaksu. Jeśli… jeśli chcecie poznawać, odkrywać… spełniać marzenia, zabieram Was w wyjątkową podróż do krainy na granicy Piemontu, Lombardii i Szwajcarii… Jezioro Maggiore jedno z najbardziej sugestywnych w rejonie alpejskim. Verbano [tak nazywane w starożytności] to drugie co do wielkości jezioro we Włoszech. Jedyne w swoim rodzaju, zapierające dech w piersi widoki, lustro wody odbijające błękit nieba, zieleń bujnej roślinności i majestatyczny łańcuch alpejskich gór. Do tego łagodny, śródziemnomorski klimat. Idealne wakacje? Zdecydowanie!
Lago d’Orta w starożytności zwane Cusius”znajduje się na zachód od Lago Maggiore. Jakież było moje zdziwienie, gdy dojechawszy kolejką linowa ze Stresy na szczyt góry Mottarone spacerując ujrzałam kolejne jezioro [Nie zapoznawszy się wcześniej z mapą okolicy. Nie wiedziałam, że jest tam w ogóle jakaś kolejka linowa. Nie planowałam tego dnia wybierać się w góry. Spontaniczna decyzja] .Lago d’Orta otoczone zielonymi wzgórzami… Doczytałam już później, że historia osadnictwa sięga tam aż starożytności, o czym świadczą zabytki, pozostałości z tamtego okresu. Historia jak się w nią zagłębić jest naprawdę interesująca. Najważniejszą miejscowością jest Orta ze swoimi renesansowymi i barokowymi pałacami, głównym placem Motta, na którym toczy się życie społeczne…. W niedalekiej odległości znajduje się kolejne jezioro Mergozzo -jedno z najczystszych w Europie.
Wracając do Lago Maggiore znajdują się na nim trzy wyspy – Isole Borromee. Zachwycają swoim pięknem, różnorodnością o każdej porze roku. Dostać się na nie możemy licznymi statkami, które odpływają z większości przybrzeżnych miasteczek. l’Isola Superiore bardziej znana jako Isola dei Pescatori wyspa rybaków słynąca z wąskich uliczek, stromych brukowanych schodków, małego kościółka San Vittore. Niewiele zmieniło się na przestrzeni wieków, klimat pozostał ten sam pomimo odwiedzających wyspę turystów. Warto zatrzymać się w jednej z urokliwych, typowych rybnych restauracji , przy straganikach z pamiątkami. Kolejną z wysp jest Isola Bella, jak łatwo możemy się domyślić jest rzeczywiście bella. Nazwa wyspy została jednak nadana na cześć niezwykle urokliwej żony Karola III Borromeo, Isabelli d’Adda. Na wyspie powstał wspaniały pałac rodziny. Pałac , jego część w stylu barokowym, jest arcydziełem ludzkiej pomysłowości z XVII wieku, znajdują się tu bezcenne dzieła sztuki, meble z epoki, gobeliny, obrazy znanych malarzy i majestatycznie zdobione sale. Na mnie największe wrażenie wywarła jedna zdobiona inkrustacjami z tufu, marmuru i muszli. Coś niespotykanego, czego nie widziałam nigdy wcześniej, ani nigdy później. Na zewnątrz kolejny zachwyt. Stworzony na dziesięciu tarasach opadających w kierunku jeziora ogród to również perełka, dzieło sztuki. Klasyczny przykład włoskiego ogrodu. Przypływając na wyspę mamy wrażenia surrealistyczne jakbyśmy zasypiali i zaczynali śnić piękny sen… Ostatnią z trzech wysp jest Isola Madre będąca bezkresnym ogrodem botanicznym z tysiącami odmian roślin i kwiatów. Zapach obłędny! Wśród takiego bogactwa roślinności spotkać możemy papugi, pawie, kury chińskie. Jeśli znudzi nas ptactwo możemy zwiedzić szesnastowieczny pałac.
Poza wymienionymi ogrodami na wyspach, wokół jeziora jest ich całkiem sporo. Słyną z przepięknych kolorów zapachów zmieniających się wraz z porami roku. Najczęściej są to ogrody otaczające wille czy pałace. Warto wspomnieć kilka z nich Giardini Botanici di Villa Taranto Giardini del Parco Zoologico e Botanico della Villa Pallavicino [tutaj znajduje się również zoo], Giardino Botanico Alpinia.
Lago Maggiore słynie również z otaczających je dolin. O której bym nie pisała, każda was zachwyci, każda ma swój urok i coś co ją wyróżnia. La Valle Anzasca znajduje się i podnóża szczytu Monte Rosa drugiego pod względem wysokości w Europie [ 4 633 m.n.p.m] -znajduje się tam schronisko “Capanna Margherita” [do którego planuję kiedyś dotrzeć]. La Valle Vigezzo zwana doliną malarzy. Swoim pięknem i widokami przyciągała i inspirowała w XIX i XX wieku malarzy o międzynarodowej sławie. La Valle Antrona stworzona przez erozję lodowcową, której charakterystyką są liczne i zachwycające jeziorka alpejskie naturalne i sztuczne otoczone wysokimi na 3000 metrów górami. La Valle Antigorio e Formazza słynąca z najwyższego wodospadu w północnych Włoszech „Cascata del Toce”. La Val Divedro -tutaj z kolei znajdują się kopalnie marmurów. La Valle Bognanco słynna ze swoich źródeł i wód mineralnych o działaniu terapeutycznym. W termach przyjemnie odpocząć po całym dniu na szlakach górskich.
Jeśli czytaliście mój tekst o historii pewnego pierścionka dobrze wiecie, że pojawili się w moim życiu ludzie, pewna wyjątkowa rodzina. Spędziłam lato z moimi jak się później okazało włoskimi dziadkami, w bajecznym miejscu nad jeziorem Maggiore właśnie pomiędzy miasteczkami Stresa i Arona. Tam spędziłam najwięcej czasu. Z Arony pamiętam malutką perfumerię, tak urokliwą, tak śliczną… jest moim najsilniejszym wspomnieniem z tego miasteczka. Co innego Stresa; jej elegancja, czar mnie urzekły. Mogłam spacerować po promenadzie i z brzegu obserwować wyspy zajadając margheritine. Tego lata [był odległy 2006 rok]. Włochy zostały mistrzami świata wygrywając z Niemcami w piłkę nożną, ta atmosfera radości i szaleństwa udzielała się każdemu. Nauczyłam się śpiewać hymn włoski, słowa same wchodziły do głowy.
Wspomniane przed chwilą margheritine to kruche, obsypane obficie cukrem pudrem kruche ciasteczka z których słynie Stresa z którymi wiąże się historia będąca powodem dumy jej mieszkańców. Najstarsza córka Elżbiety Saksońskiej, Małgorzata poślubiła w 1868 Umberto I di Savoia zostając następnie pierwszą Królową Włoch. W tym czasie cukiernik z naszego miasteczka nad jeziorem Pietro Antonio Bolongaro pracował nad przepisem ciasteczek które byłyby wyjątkowo delikatne i kruche jednocześnie. Podobno stworzone przez siebie ciasteczka zaprezentował podczas obchodów ferragosto. Inni utrzymują, że cukiernik wysłał je do pałacu królewskiego by poznać prawdziwą opinię, najważniejszą opinię, jedyną która się liczyła. Od tego dnia na stole królewskim na życzenie królowej Małgorzaty nie mogło zabraknąć margheritine, które zostały jak nie trudno się domyśleć nazwane na jej cześć. Częstowani byli nimi wszyscy goście, którzy dostawali również zapas ciasteczek ruszając w drogę.
Lato 2006 było dla mnie również niezwykłą kulinarną podróżą. Jak młodziutka dziewczyna z Polski właściwie wszystkich włoskich potraw próbowałam po raz pierwszy Były to potrawy w najlepszym możliwym wydaniu; domowym. Babcia Franca gotowała znakomicie; parmigiana alla melanzane, vitello tonnato, pesto alla genovese, makarony, polentę. Zakochałam się wtedy w pieczonych ziemniakach z rozmarynem, gotowanej soczewicy z surową oliwą z oliwek, prosciuto con melone. W piemonckich serach Toma DOP, robiola di Roccaverano DOP, Raschera DOP, Murazzano DOP, Castelmagno DOP oraz w winach; Arneis, Barbera, Barbaresco, Cortese di Gavi. Tyle wina nie piłam nigdy wcześniej, pysznego wina [przestałam również słodzić wina wytrawne co zdarzyło mi się kilka razy w na imprezie w akademiku.Tak robiłam. Aż mnie dzisiaj ciarki przechodzą na samą myśl o tej profanacji]. Do obiadu, do kolacji, i tak każdego dnia. Apparecchiare la tavola-od zawsze lubiłam nakrywać do stołu; serwetki, obrączki, odpowiednio ułożone sztućce, świeże kwiaty. Podczas gdy ja zdobiłam stół, babcia zdradzała mi sekrety włoskiej kuchni. Pewnego dnia, w dzień urodzin swojego syna, miało odbyć się przyjęcia w gronie bliskich znajomych. Wiadomo więc było, że na stole zagoszczą potrawy wyjątkowe. Ulubione jubilata oczywiście. Pomagałam babci w kuchni. Spytała się mnie czy lubię ryby „ti piacciono i pesci??” „Certo!” -Pewnie!- odpowiedziałam. Kto by nie lubił ryb: dorsze, sandacze, okonie, pstrągi. Nie wiedziałam jeszcze wtedy, że Włosi na wszystkie żyjątka wodne mówią ryby. Do ryb zaliczają owoce morza. Daniem głównym miała być sałatka ryżowa z grillowanymi warzywami i grillowanymi krewetkami [tymi dużymi]. Nie zdradziłam się ze swoją niechęcią do robaków [moja nazwa krewetek]. Stwierdziłam, że ok, będę sobie tak nakładać sałatkę by ominąć robaki. Nie przewidziałam jednego. Babcia posadziła mnie koło swojego syna, największego przystojniaka jakiego przyszło mi poznać w Italii, ale przede wszystkim czarującego, sympatycznego człowieka z ogromnym poczuciem humoru . Dbał o to by w kieliszkach nie zabrakło mi wody i wina. Był tak uprzejmy, że nakładał mi każde z dań, w tym również sałatkę, z ilością krewetek która przyprawiła mnie o zawrót głowy. I ten wzrok; „i jak pyszne prawda?” [jego ulubione danie w końcu]. Wokół stołu przyjaciele, on… pies na dworzu. No cóż… zjadłam te nieszczęsne krewetki [po raz pierwszy w życiu] czując fizyczny ból… nie wiem ile kieliszków Arneis wypiłam przy okazji 🙂 Podobno było widać jak się męczę i dzisiaj wszyscy z uśmiechem wspominamy tamten dzień nad Lago Maggiore. Krewetek mimo wielu podejść wciąż nie jadam.
Przed powrotem do Polski otrzymałam od babci bransoletkę i piękny album właśnie o Lago Maggiore, by przypomniał mi o wspólnych wakacjach. Robiąc porządki z książkami niedawno, właśnie na niego natrafiłam…większość zdjęć pochodzi z tego albumu, moje robione aparatem analogowym nie są niestety najlepszej jakości. Wydaje mi się, ze najwyższa pora je uaktualnić. Sprawdzić czy zachwycające widoki są wciąż tak zachwycające jak w moich wspomnieniach.
W najbliższych miesiącach nie planuję pobytów na lotniskach, podróży samolotem, kto wie może właśnie w głowie rodzi się pomysł na samochodową wycieczkę ze znajomymi na północ Italii, do krainy gór i jezior? Przepłynąć statkiem przez całe jezioro aż do Szwajcarii by później wrócić pociągiem podziwiając piękno, które przed chwilą opisałam… zrealizować, spełnić marzenie o którym zapomniałam na jakiś czas… kto jedzie ze mną? 🙂

















