Planując powrót na Sycylię zapragnęłam wybrać się w miejsca w których jeszcze nigdy nie byłam, w miejsca dziewicze, niezniszczone przez człowieka, gdzie dociera stosunkowo niewielu turystów. W podróży towarzyszyła mi tym razem przyjaciółka Kasia. Wspólnie zdecydowałyśmy się odwiedzić dwie z siedmiu malowniczych wysp archipelagu Wysp Liparyjskich [zwanych również Eolskimi]. Oczami wyobraźni widziałyśmy siebie na morzu. Perspektywa rejsu po turkusowo-szmaragdowej wodzie była niezwykle zachęcająca.
Naszą podróż, jednodniową wycieczkę rozpoczęłyśmy w Taorminie. Była to wycieczka częściowo zorganizowana. O ustalonej godzinie autobus zabrał nas do portu w Milazzo, na północno-wschodnim wybrzeżu Sycylii, gdzie rozpoczął się rejs. I skąd ten sam autobus zabrał nas późnym wieczorem do domu. Rozwiązanie z którego, przyznaję, rzadko korzystam aczkolwiek w tym przypadku bardzo wygodne. Nie interesowało nas żadne sprawdzanie rozkładów, poszukiwanie parkingów, zakup biletów. W czasie podróży lokalny przewodnik opowiadał nam o Sycylii i miejscach, które mijaliśmy i które były celem naszej wycieczki. Na samych już wyspach, każdy organizował sobie już czas samodzielnie.
Po około półtoragodzinnym, nie najprzyjemniejszym rejsie [kołysało i bujało niemiłosiernie], dalekim od naszych wyobrażeń dotarłyśmy na miejsce. Pierwsze co widzimy zbliżając się do wyspy to piękne formacje skalne – Scoglio Brigantino, następne pojawiają się białe domki wzdłuż wybrzeża i malutki port będący wybawieniem dla tych którzy odkryli, że cierpią na chorobę morską. Większość osób z nami podróżujących zatrzymała się w barach i restauracjach znajdujących się nad brzegiem. My natomiast czując grunt pod nogami, odzyskawszy równowagę ruszyłyśmy na spacer. Udałyśmy się w kierunku kościoła, skąd jak się okazało rozpościera się przepiękna panorama okolicy. Spacerując po wyspie miałyśmy wrażenie, że znajdujemy się nie we Włoszech, a w Grecji. Białe, proste domy z niebieskimi drzwiami lub okiennicami, w ogrodach mnóstwo kolorowych kwiatów, drzew oliwnych, winorośli. Zapach cytryn mieszający się z zapachem rozmarynu. Panarea jest najmniejszą [zaledwie 3,4 km2] i najstarszą z wysp archipelagu Eolskiego. Zamieszkiwana zaledwie przez 300 osób. Pomimo swych niewielkich rozmiarów jest niezwykle elegancka i urokliwa. Mała perełka warta odwiedzenia. Cisza i spokój, brak samochodów i wszechogarniające piękno.
Panarea nas zachwyciła, pora jednak było płynąć dalej. W planach było odwiedzenie jeszcze jednej wyspy, która elektryzowała i fascynowała nas najbardziej. Po drodze minęłyśmy małą wyspę Basiluzzo, która dostępna jest dla posiadaczy mniejszych łodzi motorowych czy jachtów. Znajduje się tam Grota Miłości i niewielka plaża. Relaksowaliśmy się na pokładzie, korzystaliśmy ze słońca i pięknych widoków. Aż w końcu na horyzoncie pojawiła się ona wyspa-wulkan i wtedy przeszedł mnie dreszcz, nie ostatni tego dnia. Stromboli jako jedyna z wysp Eolskich charakteryzuje się stałą aktywnością wulkaniczną, z eksplozjami typu strombolijskiego [występującymi tylko tam] podczas których w górę na wysokość 10-20 metrów wyrzucane są bomby wulkaniczne, lapille, popioły i bloki skalne. „Zwykłe” wybuchy występują 3-4 razy na godzinę. Wg analiz włoskich naukowców, którzy analizują skład magmy stwierdzili, że wewnątrz wulkanu doszło w ostatnich latach do zmiany kierunku przepływu magmy. Kolejne erupcje mogą bowiem okazać się gwałtowniejsze i bardziej nieregularne, a ich obserwacja – coraz trudniejsza. Obecnie jednak wyspa jest jedną z najlepiej monitorowanych stref sejsmicznych na świecie. Na wyspie ma miejsce siedziba/oddział bazy wulkanicznej [współpracującej z Narodowym Instytutem Geofizyki i Wulkanologii Uniwersytetu we Florencji] dzięki któremu już wielokrotnie udało się prawidłowo odczytać sygnały wysyłające przez Stromboli i ostrzec mieszkańców.
Po zejściu ze statku skierowałyśmy swoje kroki na plażę. Spacer na boska po pustej, czarnej plaży był jednym z najbardziej niecodziennych i wyjątkowych spacerów w moim życiu. Czarny piasek, zielono-czarne zbocza, popołudniowe niebo delikatnie zachmurzone, kilka białych domków i dym wydobywający się z krateru. To wszystko sprawiło, że miałyśmy wrażenie, że znajdujemy w zupełnie innej czasoprzestrzeni. Nie we Włoszech, ale gdzieś na końcu świata, gdzieś naprawdę daleko. Po krótkim pikniku i małej sesji zdjęciowej już w butach kontynuowałyśmy zwiedzanie. Najpierw wzdłuż wybrzeża by dotrzeć do centrum miejscowości San Vincenzo. Podziwiałyśmy architekturę typową dla budownictwa na Wyspach Eolskich, z zachowanymi kopułami pieców, cysternami, prasami do tłoczenia wina, bielonymi domami i tarasami tworzącymi niesamowity klimat. Chciałyśmy poczuć ten klimat i zatrzymałyśmy się w jednej z lokalnej restauracji, z ogromnym tarasem i wspaniałym widokiem na okolicę i na morze. Jedząc pyszną pizzę, popijając spritza cieszyłyśmy się wakacjami.
Zbliżał się wieczór, nadeszła pora opuszczenia tej wyjątkowej wyspy. Nie był to jednak jeszcze koniec naszej wycieczki. Ze statku obserwowałyśmy przepiękny zachód słońca. Opłynęliśmy Strombolicchio, samotną skałę znajdującą się 2 km od Stromboli, na której znajduje się latarnia morska [jakim cudem się tam znalazła? Jak ją tam zbudowano. Nie mam pojęcia]. Podpłynęliśmy w kierunku Sciara del Fuoco zbocza/drogi po której spływa żarząca się lawa schodząc do morza. Kiedy się ściemniło statek zatrzymał się i wszyscy pasażerowie zamarli w oczekiwaniu, wszyscy zwrócili swoje oczy ku górze, w kierunku krateru. Aż w końcu Stromboli dał o sobie znać wyrzucając z siebie materiał piroklastyczny. I chociaż wybuchy nie były tak spektakularne jak w grudniu 2022 [na całe szczęście], to pojawiające się języki ognia wzbudziły we wszystkich niemałą euforię.
Wulkan nazywany jest przez mieszkańców wyspy Iddu – ON. Ze względu na zjawiska naturalne, energię pochodzącą z wnętrza wierzono, że ma on boskie pochodzenie, boską naturę. Na Stromboli, w 1949 roku Roberto Rossellini nakręcił słynny film „Stromboli ziemia Boga”. W 2000 roku cały Archipelag Wysp Eolskich został wpisany na światową Listę Dziedzictwa UNESCO. A w kwietniu 2023 wybrała się tam Monika z Mente Italiana by przeżyć, opowiedzieć i zachęcić Was do odwiedzenia tego wyjątkowego miejsca 😉























