Włosi o jedzeniu mogą rozmawiać właściwie przez cały czas: o tym co jedli, gdzie jedli, co kupili do jedzenia, o ty m co dopiero zjedzą, co ugotują. Mangiare [czas. jeść]. Włosi bardzo lubią jeść, spotykać się przy stole i rozmawiać przez wiele godzin. Mangiare bene [jeść dobrze], to bardzo ważna część włoskiej kultury. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że włoskie życie kręci się wokół jedzenia. Czas upływa od posiłku do posiłku. W upalne dni, gdy temperatura w cieniu przekracza 30 stopni, niewielu z nas ma ochotę na jedzenie. Ważne jest jednak by jeść mądrze i nawadniać organizm. Co zatem Włosi jedzą latem, gdy żar leje się z nieba?
Przyjechała młoda dziewczyna do Mediolanu. Zamieszkała z włoską rodziną. Wszystko było dla niej takie nowe, ciekawe, zachwycające. To byłam ja. Był rok 2005, kuchnia włoska kojarzyła się przede wszystkim z pizzą, w Polsce Włosi nazywani byli makaroniarzami. Znana mi kuchnia włoska z prawdziwymi Włochami niewiele miała wspólnego. Każdy dzień więc był dla mnie kulinarnym odkryciem, zaskoczeniem. Poznawałam nowe, nieznane smaki, nowe połączenia smakowe, próbowałam produkty jeszcze wtedy w Polsce niedostępne, często nieznane. W 2005 spędzałam przełom lipca i sierpnia w mieście, w centrum miasta. Możecie więc sobie wyobrazić jak było gorąco. Miałam zjeść jedno z najbardziej egzotycznych dań w tamtym czasie. Szynka parmeńska z melonem. Już samo jedzenie czegoś „surowego” po raz pierwszy było dla mnie przeżyciem, a co dopiero połączenie szynki z owocem. Na obiad było tylko to. Odważyłam się i zjadłam. Prostota i świeżość. Delikatność i słoność szynki, soczystość i słodycz melona. Było pyszne. Poza tym melon z szynką na talerzu prezentuje się pięknie.
Melon z szynką? Wielka filozofia. I to się nazywa daniem? Otóż tak. Jak się później dowiedziałam historia tego dania jest niezwykle ciekawa i sięga II wieku n.e. Opiera się na teoriach medyka zwanego Galeno. Zakładały one, że każdy żywy organizm ma swoją szczególną naturę, naturę czterech cech połączonych między sobą: ciepła i zimna, suchości i wilgotności. Będącymi odpowiednikami czterech żywiołów: ognia, powietrza, ziemi i wody, które współtworzą wszechświat. Medycyna galeniczna zakładała że ciało zdrowego człowieka ma te cztery elementy w równowadze. Jeśli z jakiegoś powodu [niezależnie od tego, czy to wiek, choroba czy klimat] powstał brak równowagi należało ją przywrócić. Odżywianie spełniało jedną z najważniejszych roli w tym zadaniu. Jakkolwiek absurdalne mogą się wydawać niektóre teorie, w medycynie galenicznej można znaleźć założenia, które i dzisiaj są obecne we współczesnej medycynie i nauce o żywności. Przede wszystkim to, co jemy, wpływa na nasze zdrowie, a każde spożywane przez nas jedzenie ma szczególne właściwości, których inne nie posiada. Aby znaleźć równowagę, musimy połączyć kilka z nich. W ten sposób kuchnia staje się sztuką kombinatoryczną. I tu wracamy do prosciutto con melone. W średniowieczu melon uznawany był za owoc bardzo niebezpieczny [wręcz diabelski!!] ; bardzo zimny i wilgotny, a jedynym sposobem by go zrównoważyć było połączenie z czymś suchym i ciepłym. Z szynką. Dzisiaj z punktu widzenia zrównoważonego odżywia danie wydaje się więc idealne. Owoc składa się z wody, ale również błonnika, trochę cukrów prostych, a kolor pomarańczowy świadczy o obecności betakarotenu. W skład szynki wchodzą szlachetne białka i witaminy z grupy B.
Fegato [wątróbka], trippa [flaki], ossobuco [gicz cielęca] – te słowa nauczyłam się przed pierwszym wyjazdem do Italii. Oczywiście jedynie po to, żeby wiedzieć czego nie jeść. Nie znałam jeszcze wtedy włoskiego, więc nie do końca dzisiaj wiem do jadłam [i chyba dobrze]. Szczególnie jeśli chodzi o mięso czy ryby. Jadłam z ciekawości, jadłam bo ładnie wyglądało na talerzu, ale nie ukrywajmy większość dań jadłam bo byłam po prostu głodna. Moja włoska babcia w czasie wakacji nad Jeziorem Maggiore przygotowywała dwa razy w tygodniu vitello tonnato. Nazwa przepiękna, początkowo niezrozumiała… cieniutkie plasterki cielęciny z sosie majonezowo-tuńczykowym z kaparami. Mięso z rybą? To nie mogło mi przecież smakować. Stało się jednak jednym z moich ulubionych dań. Vitello tonnato narodziło się w Piemoncie już w XVIII wieku, jest symbolem lat 80-tych XX wieku i znów staje się modne. Idealne jako przystawka, albo danie główne w upalny dzień. W niektórych włoskich restauracjach w Polsce również możecie spróbować dania do czego szczerze zachęcam.
Bardzo chętnie jadanym dniem we Włoszech jest danie, które jestem pewna zna każdy z Was. Proste i łatwe w przygotowaniu, świetnie pasujące na każdą okazję. O jakim daniu mowa? O sałatce caprese oczywiście. Mozzarella z pomidorami skropiona oliwą z oliwek, podana z bazylią jest niezwykle aromatyczne i świeża Jak już sama nazwa wskazuje pochodzi z przepięknej wyspy Capri. Wielu utrzymuje, że powstała dzięki murarzowi w połowie XX wieku, wielkiemu patriocie, który zamykał kolory flagi włoskiej [mozzarella-biel, pomidor-czerwień, bazylia-zieleń] wewnątrz kanapki – un panino zajadając w porze obiadu. Jednak przed tą historią istnieją dowody historyczne, które umieściłyby początek historii Caprese około lat dwudziestych XX wieku, kiedy przepis na danie pojawił się w menu hotelu Quisisana na Capri. Podobno [jeśli wierzyć miejskim kronikom] egipski król Farouk będąc w 1951 roku na Capri ze swoją rodziną w słoneczne popołudnie zażądał szybkiego posiłku, który mógłby zaspokoić głód. Otrzymał panino Caprese. Nie trzeba dodawać, że nawet szlachetne podniebienie władcy doceniło połączenie trzech produktów.
Włosi bardzo często na plażę czy pikniki zabierają jedzenie przygotowane przez siebie w domu. Są to zazwyczaj: panini [kanapki, trochę jednak różniące się od naszej polskiej wersji], insalata di riso [sałatka ryżowa – zimny ryż wymieszany z różnymi dodatkami; warzywami, tuńczykiem], pasta fredda [po prostu makaron na zimno].
Latem w Italii najchętniej wybieram się z rana na najbliższy targ. Od wyboru świeżych owoców i warzyw można dostać zawrotu głowy. [uwaga: we Włoszech na targach wybiera sprzedawca produkty dla nas [i za nas] i możemy być pewni, że „zgniłków’ nie dostaniemy]. Odwiedzam też inne sklepiki: kupuję po kilka plasterków szynki parmeńskiej czy bolońskiej mortadeli, oliwki ,lokalne sery i wino z okolicznych winnic. To co kupię rano zazwyczaj zjadamy wieczorem na kolację, na plaży czy na balkonie o zachodzie słońca. I nic więcej do szczęścia nie potrzeba! Buon apettito!



