Włochy jak już pisałam tutaj na blogu wielokrotnie to nie tylko mój ulubiony kierunek podróży, piękne krajobrazy, cuda zarówno natury jak i te stworzone przez człowieka, pyszne jedzenie, zapach kawy… Piszecie mi [co mnie bardzo, bardzo cieszy oczywiście], że lubicie ze mną podróżować i zwiedzać. Dziękuję za wiele miłych i ciepłych wiadomości. Grazie di cuore! Obiecuję, że zabiorę Was w jeszcze niejedną, niezapomnianą, magiczną podróż.
Do Włoch pojechałam po raz pierwszy na kolonię jak miałam chyba 14 lat [chociaż wolałam zawsze mówić obóz młodzieżowy – doroślej brzmiało 😉]. Później pojechałam tam dopiero na studiach i wracam jak bumerang co roku, czasem częściej. Dzięki podróżom do Italii szczególnie tym pierwszym, dzięki temu że miałam możliwość mieszkać z rodzinami włoskimi, później studiować z ludźmi z całej Europy, którzy stali mi się bliscy nauczyłam się wiele. Nauczyłam się dystansu do siebie i do świata, otwartości, tolerancji i akceptacji tego co inne [nie zawsze zgodne z tym co „moje”]. Addatarsi, odkryłam, że umiem z zaskakującą łatwością dostosowywać do zmieniających sytuacji, miejsc [ta umiejętność jest niezwykle dla mnie cenna]. Miałam możliwość sprawdzić się w wielu różnych, niekoniecznie wygodnych dla mnie sytuacjach. Co chyba najważniejsze dzięki Italii szybciej poznawałam siebie, tego kim jestem i jakie są potrzeby mojego serca. I chociaż dzisiaj nikomu z nas nie jest lekko, jest gdzieś tam we mnie wewnętrzny spokój. Z mojej ukochanej Italii co chwila docierają do mnie, do nas informacje bolesne, trudne, niewyobrażalne wręcz… na moim balkonie powiesiłam włoską flagę… kupiłam 15 lat temu na Piazza Duomo di Milano, pod katedrą. Kupiłam ją w mieście najbardziej dotkniętym przez zarazę. Powiesiłam ją z potrzeby serca, na znak mojej solidarności… lubię na nią patrzeć pijąc popołudniową kawę.
Trzy kolory; zielony, biały, czerwony. Verde [Zielony] – symbol przyrody. Dziś ta przyroda bierze głęboki oddech, po Wenecji pływają łabędzie, u wybrzeży Sardynii delfiny, a po Zakopanem chodzą jelenie, sarny, daniele. Bianco [biały] to zaśnieżone alpejskie lodowce. Rosso [czerwony] – to rozlana za ojczyznę krew i miłość do niej.
W trudnych momentach warto mieć nadzieje, wierzyć, kochać. i nie przestawać! Mai! Mai! Mai! Warto spróbować odnaleźć sens, mimo wszystko, na przekór wszystkiemu. Jednym pomaga wiara w Boga, jeszcze innym działanie, pomoc innym. Oglądałam mszę w intencji zakończenia zarazy i błogosławieństwo dla świata Papieża Franciszka. Jego słowa były ważne, piękne i wzruszające zarówno dla wierzących i niewierzących. Nad którymi warto się chwilę pochylić. Były to słowa ponad wszelkimi podziałami i wyrażały to co chyba większość z nas czuje. Pisałam niedawno o Rzymie, o jego fontannach i o ogromnym znaczeniu wody dla miasta przy budowie imperium. Podczas homilii ta woda znów była na pierwszym planie. Pusty plac św. Piotra w Watykanie skąpany w strugach deszczu. Niezwykle wymowny to widok był.
Venuta la sera…..Da settimane sembra che sia scesa la sera. Fitte tenebre si sono addensate sulle nostre piazze, strade e città; si sono impadronite delle nostre vite riempiendo tutto di un silenzio assordante e di un vuoto desolante, che paralizza ogni cosa al suo passaggio: si sente nell’aria, si avverte nei gesti, lo dicono gli sguardi. Ci siamo trovati impauriti e smarriti……siamo stati presi alla sprovvista da una tempesta inaspettata e furiosa. Ci siamo resi conto di trovarci sulla stessa barca, tutti fragili e disorientati, ma nello stesso tempo importanti e necessari, tutti chiamati a remare insieme, tutti bisognosi di confortarci a vicenda. Su questa barca… ci siamo tutti….”Siamo perduti» , così anche noi ci siamo accorti che non possiamo andare avanti ciascuno per conto suo, ma solo insieme…..
Nadszedł wieczór … Od tygodni wydaje się, że zapadł wieczór. Przeszywająca, gęsta ciemność pojawiła się na naszych placach, ulicach i miastach; przejmując nasze życie, wypełniając wszystko ogłuszającą ciszą i niepokojącą pustką, która paraliżuje wszystko w swoim przejściu. Można poczuć to w powietrzu, przejawia się w gestach, mówią to spojrzenia. Poczuliśmy się przerażeni i zagubieni.…. zaskoczyła nas niespodziewana i wściekła burza. Uświadomiliśmy sobie, że znaleźliśmy na tej samej łodzi, wszyscy delikatni i zdezorientowani, ale jednocześnie ważni i potrzebni, wszyscy wezwani do wspólnego wiosłowania, wszyscy potrzebujący wzajemnego pocieszenia. Na tej łodzi … wszyscy tam jesteśmy.…. „Zgubiliśmy się” , więc i my zdaliśmy sobie sprawę, że nie możemy iść każdy w swoją stronę, ale tylko razem.
Ta burza zdemaskowała nas, ujawnia naszą wrażliwość i odkryła fałszywą i zbędną pewność z którą wypełnialiśmy nasze kalendarze, nasze projekty, nasze nawyki i priorytety. Pokazuje nam, jak zasnęliśmy i porzuciliśmy to, co odżywia, wspiera i wzmacnia nasze życie i naszą społeczność… Wraz z burzą spadł makijaż stereotypów, którymi maskowaliśmy nasze „ego”, zawsze martwiąc się o jego wizerunek; i jeszcze raz ta (błogosławiona) wspólna przynależność, od której nie możemy uciec, pozostała odkryta: przynależność jako bracia.
Nie zatrzymaliśmy się w obliczu wezwań, nie obudziliśmy się w obliczu wojen i niesprawiedliwości na świecie, nie słuchaliśmy wołania biednych i naszej poważnie chorej planety. Wciąż byliśmy nieposkromieni myśląc o pozostaniu zdrowymi w chorym świecie. Teraz, gdy jesteśmy na wzburzonym morzu, błagamy o pomoc.
To jest czas na naszą ocenę, to jest czas wyboru co się liczy, a co przemija. Oddzielenie tego co niezbędne, istotne od tego co nim nie jest. To czas ustawienia kierunku na życie. Świadectwo tego dają zwykli ludzi, którzy w obliczu strachu zareagowali poświęceniem własnego życia. Ich nazwiska często nie pojawiają się w nagłówkach gazet i magazynów, ale to oni zapisują dzisiaj decydujące wydarzenia naszej historii. Należą do nich lekarze, pielęgniarki i pielęgniarze, pracownicy supermarketów, sprzątaczki, opiekunki, przewoźnicy, stróże porządku, księża, siostry zakonne i wielu innych. Papież wspomniał także ojców, matki, dziadków, babcie oraz nauczycieli ukazujących dzieciom za pomocą codziennych gestów, jak stawić czoła kryzysowi i przejść przez niego dostosowując nawyki, wznosząc oczy i rozbudzając modlitwę.
Nie jesteśmy samowystarczalni. Sami. Sami toniemy, potrzebujemy gwiazd, które jaki kiedyś marynarzy nas poprowadzą…Lub Boga jeśli wierzycie, który będzie kapitanem. Pośrodku tej burzy w której się znajdujemy… to czas żeby się na nowo obudzić, byśmy byli solidarni i wzajemnie się wspierali, byśmy nie zatracili nadziei. Wszyscy cierpimy będąc w odizolowaniu, odczuwając brak bliskości, spotkań, brak wielu innych rzeczy. Pomimo to musimy wierzyć i mieć nadzieje. Mieć odwagę otworzyć się na siebie i na drugiego człowieka…
To tylko część z tego co powiedział Papież, a co dla mnie jest ważne. Myśląc o Polsce i o Włoszech, o moich bliskich tu i tam. O wszystkich których kocham i którzy są dla mnie ważni. Patrząc się na pusty plac skąpany w deszczu i papieża, po wysłuchaniu jego słów tak sobie pomyślałam: Meglio piazze vuote dei vuoti cuori – Lepsze puste place, niż puste serca.
Wiosłujmy więc dalej razem, bo ta burza w końcu minie. A jak mówią słowa piosenki, którą ostatnio bardzo często słucham, ziemia nie oglądając się na nas wciąż się kręci… Jimmy Fintana „Il mondo”
Gira, il mondo gira nello spazio senza fine
Con gli amori appena nati, con gli amori già finiti,
Con la gioia e col dolore della gente come me!
O mondo! Soltanto adesso io ti guardo!
Nel tuo silenzio io mi perdo
E sono niente accanto a te!
Il mondo non si è fermato mai un momento,
La notte insegue sempre il giorno ed il giorno verrà.
Kręci się ziemia, kręci się w nieskończonej przestrzeni
Z nowo narodzonymi miłościami,
Z miłościami już skończonymi,
Z radością i z bólem ludzi takich jak ja!
Świecie! Dopiero teraz Cię oglądam!
W twojej ciszy się zatracam
I przy Tobie jestem nikim!
Świat nie zatrzymał się nigdy, nawet przez chwilę.
Noc przychodzi zawsze po dniu i nadejdzie kolejny dzień.



